Parasol i ręka, która go trzyma

Widziałem dziś krótki filmik, który nie daje mi spokoju. Młoda kobieta porównała męża do taniego parasola, takiego kupionego na ulicy, kiedy nagle zaczyna lać. Nic szczególnego, ale doprowadza cię suchego do domu.

A żona? Ona nie jest od tego, żeby moknąć zamiast niego. Jest od tego, żeby trzymać ten parasol.

Pomyślałem sobie, jak często w małżeństwie patrzymy na siebie przez pryzmat tego, czego drugiej osobie brakuje. „Mógłby więcej zarabiać”, „mogłaby bardziej mnie rozumieć”, „nie jest taki, jak sobie wyobrażałam”. A przecież parasol nie musi być drogi ani piękny. Musi się otworzyć, kiedy pada.

Ale jest też druga strona: parasol, którego nikt nie trzyma, leży w kącie i nikogo nie chroni. Najsilniejszy człowiek słabnie, kiedy nikt w niego nie wierzy. I odwrotnie: zwykły człowiek potrafi unieść bardzo dużo, kiedy wie, że ktoś stoi obok.

Życie przynosi różne ulewy: pracę, rachunki, choroby, problemy z dziećmi, zmęczenie. Czasem to on jest parasolem, czasem ona. Czasem trzeba się zamienić. Ważne, żeby nikt nie został sam na deszczu.

Więc może zamiast pytać „co on albo ona dla mnie robi?”, warto czasem zapytać: „czy ja go podtrzymuję?”

Bo dobre małżeństwo to nie dwoje idealnych ludzi. To dwoje zwykłych ludzi, którzy nie puszczają.

A jak to wygląda u Was? Kto jest u Was parasolem? Napiszcie w komentarzu.

Przewijanie do góry